19.11.17

Od Vivienne cd. Kamille

Spojrzałam na nią zdziwiona. Jestem jej... dziewczyną? Nawet po tym, jak w jej mieszkaniu prawie zabiłam jej byłego, to ona jednak przedstawia mnie swoim rodzicom, jako swoją partnerkę... Do tego położyła swa ciepłą dłoń na moją, a po całej ręce przeszły mi dreszcze. Patrzyłam na jej różowe włosy, nie odsuwając ręki. Przeniosłam wzrok na jej rodziców... matka wyglądała na zszokowaną, a ojciec na zdenerwowanego. Zaczęłam się zastanawiać, jak to jest mieć rodziców. Ja swoich nie miałam.
- Że... co? Co ty powiedziałaś? - odezwał się mężczyzna. W jego głosie usłyszeć można było złość. Matka za to zbladła.
- Kochanie, ty chyba nie mówisz tego na prawdę... - wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć.
- Mówię na poważnie - odpowiedziała Kamille, delikatnie ściskając moją rękę. Przyglądałam się tej scenie będąc ciekawa, co może dalej się wydarzyć.
- Ale co z Evon'em?! - głos kobiety stał się piskliwy, jakby zaraz miała się rozpłakać. To było nieco zabawne, bynajmniej z mojego punktu widzenia.
- Właśnie, co z nim? - pociągnęłam ją lekko za dłoń. Spojrzała na mnie dość smutnymi oczami. Lekko przechyliłam głowę w bok nie rozumiejąc jej. Może coś mnie ominęło?
- Jest w śpiączce - odpowiedziała. Na jej słowa uśmiechnęłam się nie zauważalnie, mimo, iż chciałam go zabić, ale... śpiączka jest lepsza. W końcu to były Kamille, nie mam pewności, czy nic do niego jeszcze nie czuje, bo gdyby tak było, mogłaby mnie znienawidzić, lub zacząć się bać, gdybym na miejscu zabiła go. Nie odezwałam się. Nie chciałam jej kłamać, że jest mi przykro, ale też nie chciałam mówić swego zdania.
- Tym bardziej powinnaś zostać przy nim! W końcu bierzesz z nim ślub! - spojrzałam zaskoczona na Kamille. Że co takiego? Nie rozumiem... jaki ślub? Zabrałam swoją rękę z jej uścisku, automatycznie poczułam się zdradzona. Kłamała? Dlaczego mi nic nie powiedziała? Pewnie dlatego pozwoliła mu wtedy wejść do środka i pozwolić zdjąć z siebie szlafrok... Poczułam ogromną złość. Miałam ochotę zabić jej ojca, za to, że to powiedział, a Kamille za to, że nic mi nie powiedziała. Przecież ja z nią prawie się przespałam...
- To przeszłość - spojrzałam na podłogę. Nie słuchałam już ich, byłam wściekłą, ze dowiaduje się takich rzeczy w taki sposób. Już nie obchodziło mnie to, że rodzice Kamille mnie nie lubią, lub nawet gorzej. To nie było ważne. Nie myślałam nad tym, jak bardziej dobić Evon'a, czy mu podciąć gardło czy odpiąć maszynę, która go podtrzymuje przy życiu. Zastanawiałam się, jakim cudem nie dostrzegłam takiej oczywistej rzeczy. Dlatego on był wszędzie, gdzie ona. Ciągle z nią rozmawiał, dotykał...
Nagle rodzice dziewczyny zaczęli wychodzić, a ona odprowadzała ich surowym wzrokiem. Gdy zamknęli za sobą drzwi, Kamille odwróciła się w moją stronę. Łapiac mnie za ręce chciała coś powiedzieć, ale ja je zabrałam i odezwałam się pierwsza:
- Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałaś? To nie jest rzecz, którą można sobie olać.

<Kamille?>

31.10.17

Od Kamille CD Vivienne

Przeczesałam dłonią swoje włosy, zamykając drzwi od pokoju Evona. Gdy wcześniej do niego szłam, to chyba z pięć pielęgniarek mnie zatrzymało, pytając się, kim dla niego jestem. Oczywiście każdej odpowiedziałam, że jestem jego byłą, dzięki czemu jakoś tutaj doszłam. Te szpitale są strasznie upierdliwe... Oczywiście, gdy weszłam, był przy czarnowłosym jeszcze inny doktor, przez co znowu musiałam wszystko opowiadać... Miałam chwilę posiedzenia z nim sam na sam. Miał już czystą twarz, a przebrano go z wcześniejszego garnituru na szpitalną piżamę oraz okulary złożone odstawiono mu na nocny stoliczek na kółkach. Tamto urządzenie od serca pikało nieustająca, przez co też do końca nie mogłam zebrać swoich własnych myśli, jednak... Gdy tak patrzyłam na jego ciało, jakby właśnie spał, przypomniały mi się chwile jeszcze przed tym, zanim mi się oświadczył. Nasze wspólne wypady na miasto, doradzania w wybraniu odpowiednich zdjęć do mojego ulubionego albumu... i inne rzeczy, które razem robiliśmy. Potem oczywiście oświadczyny, nasza ostatnia noc razem i wiadomość w jego telefonie od moich rodziców. Potrząsnęłam przecząco swoją głową, chcąc jak najszybciej o tym zapomnieć. Mam już dosyć tego miejsca, tych ludzi i w ogóle, ale muszę jeszcze zajść do jednej osoby... Ruszyłam spod drzwi do kompletnie innej części budynku. Z tego, co widziałam z planu i co usłyszałam od doktora Jeana, to Vivienne leżała jak najdalej od mojego byłego. Ciekawe, jak się czuje... Co ja gadam, pewnie beznadziejnie, w końcu zemdlała z krwawiącą głową. Uderzyłam się w czoło na swoją własną głupotę. Przecież mogłam wcześniej zobaczyć, kto dzwoni do tych głupich drzwi, zanim je otworzyłam kompletnie na oścież. Jestem taka bezmyślna! W tej chwili miałam ochotę tylko objąć moją czarnowłosą dziewczynę i pocałować ją czule. Nagle się zatrzymałam. Nie, ja ślepnę. Powiedzcie, że to tylko zwidy. Że wcale nie widzę przy ladzie w recepcji żadnego wysokiego mężczyzny w blond włosach i z wąsem oraz równie wysokiej kobiety z fioletowawymi włosami spiętymi w eleganckiego koka. To tylko sen!
- Kamille? - jednak to, że facet mnie rozpoznał, tylko utknęło mnie w przekonaniu, że było kompletnie na odwrót. Jego partnerka również odwróciła się w stronę, w którą aktualnie patrzył. Momentalnie moje pięści się zacisnęły, a zęby aż mnie zabolały. Coś w głębi mojego ciała pragnęło się uwolnić i rozszarpać tę dwójkę na kilka strzępków. Wzięłam głęboki wdech na uspokojenie. Spokojnie, oddychaj. Bo jeszcze się przemienisz. Zrobiłam kolejny krok przed siebie, czując, jak prawie kolana się pode mną ugięły. Podparłam się na szybko ściany, patrząc na swoje stopy. I co ja mówiłam o oddychaniu? Zaśmiałam się w swoim umyśle.
- Kamille, Kochanie! - usłyszałam obok siebie głos mojej matki. Spojrzałam na nią przelotnie, kierując go zaraz od przodu. - Co ty tutaj robisz? - od razu spytała, dotykając mojego ramienia. Pewnie chciała pomóc mi ustać.
- Nie dotykaj mnie - warknęłam cicho, ale na tyle głośno, by usłyszała. Od razu się oddaliła. Kolejny głęboki wdech. - Podejrzewam, że skoro tu jesteście, to przyszliście do Evona - powiedziałam, powoli krocząc przed siebie.
- Oczywiście, że tak! To w końcu mój przyszły zięć - jasnowłosa znowu się odezwała. Cicho prychnęłam. "Zięć"... jak to głupio brzmi. Prawie tak samo głupio, jak słowo "mąż" i "narzeczony". - Pewnie ty też do niego przyszłaś... Biedak zapadł w śpiączkę, widziałaś się z nim? - kontynuowała swoją śpiewkę. Kolejny głęboki wdech dla ogarnięcia nerwów. Już dawno zapomniałam, jak oni bardzo lubią mnie wkurzać...
- Owszem, byłam - odpowiedziałam, próbując nie złapać za wyciągnięte ramię ojca. - Jednak niezbyt długo. Ktoś jeszcze na mnie czeka - dodałam, w końcu się prostując. Obojgu rzuciłam mrożące krew w żyłach spojrzenie, po czym dumnym krokiem zaczęłam iść w swoją stronę. Wciągnęłam powietrze przez nos, chcąc za pomocą zapachu znaleźć Vivienne. Nie mam czasu, by pytać o to pierwszą lepszą pielęgniarkę.
- Kto taki? - pan Emas chyba postanowił włączyć się do rozmowy z córką. Jest, czuję ją. Tuż za rogiem. Już miałam za niego się wyłonić, gdy na kogoś wpadłam. Otworzyłam swoje oczy, które nieświadomie zamknęłam i... kogo ujrzałam?
- Snow - nieświadomie wyszeptałam. Spojrzał prosto w moje oczy, a mnie momentalnie zamroziło. Zawsze taki był?
- Vivienne na ciebie czeka - rzucił tylko na szybko, po czym mnie wyminął i poszedł pewnie w stronę wyjścia z tego durnego szpitala.
- Jaka Vivienne? - ojciec ponownie postanowił się mną zainteresować. Jednak ja nie zwracałam na niego uwagi. Same jego słowa, że na mnie czeka, zmobilizowały mnie, by jednak jeszcze dzisiaj ją zobaczyć. Od razu szybciej zaczęłam chodzić, prawie omijając salę, w której leżała. Złapałam za klamkę drzwi, pchając je do przodu. Weszłam do białego pomieszczenia, momentalnie widząc postać w czarnych włosach siedzącą na tym szpitalnym łóżku, które wręcz śmierdziało środkami dezynfekującymi. Dziewczyna odwróciła się w moją stronę, a u mnie od razu zapanowała radość. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha i wręcz w podskokach do niej podeszłam. Zdawałam sobie sprawę z tego, że moi rodzice pewnie wejdą za mną, dlatego nie zawracałam sobie głowy zamykaniem drzwi. Czarnooka nic nie powiedziała, więc pozwoliłam sobie usiąść na krzesełku obok jej łóżka, podsuwając je sobie naprzeciwko jej.
- Jak się czujesz? - spytałam, oglądając całe jej odkryte ciało. Dopiero teraz dostrzegłam jej bandaż na głowie. Przewróciła nieznacznie oczami.
- A jak może czuć się osoba, która zemdlała na skutek obfitego krwawienia? - odpowiedziała, jednak mnie niezbyt zdziwiły jej słowa. Mogłam się, wręcz ich domyśleć. Wyraźnie widziałam, jak podnosi swój wzrok nade mnie, pewnie z ciekawością patrząc na dwójkę dorosłych za mną.
- Vivienne... - zaczęłam. Dziewczyna zwróciła na chwilę na mnie swoje prześliczne oczy. Jaką ja mam ochotę ją pocałować... - Poznaj moich rodziców - próbowałam się ponownie uśmiechnąć, jednak byłam wręcz pewna, że to strasznie krzywo wyglądało. Odwróciłam się za siebie na państwa Emas. - A to jest moja dziewczyna, Vivienne - odpowiedziałam, sięgając swoją dłonią na tę bledszą czarnowłosej, jakbym tym chciała potwierdzić moje słowa.

<Vivienne? Przepraszam, że aż miesiąc musiałaś czekać ;-;>

29.9.17

Od Vivienne cd. Kamille

Głowa mnie bolała, a kiedy próbowałam otworzyć oczy, oślepiła mnie biel, która biła z każdej strony. Z trudem się podniosłam; czułam się jakbym warzyła tone i coś mnie ciągnęło w dół. W końcu jednak udało mi się usiąść. Obejrzałam salę, w której się znajdowałam; białe ściany, biały sufit, białe kafelki... wszystko białe, jak w psychiatryku. Byłam podłączona do jakiejś pikawy, która pokazywała tętno i bicie serca. Wciągnęłam powietrze do płuc, po czym zakaszlałam. Poczułam ten okropny smród szpitala. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam w stronę okna. W jego odbiciu zauważyłam, że miałam zabandażowaną jedną stronę głowy, głównie ucho, które wcześniej miałam chyba rozwalone.
A tak... i podali mi coś. Obudziłam się już wcześniej, chciałam wyjść stąd jak najszybciej, ale mi nie pozwalali. Zaczęłam się rzucać, kiedy nagle ktoś mi wsadził w ramię igłę, a po chwili stałam się bardzo śpiąca. I obudziłam się znowu w tym miejscu, z tym, że w tej chwili jestem spokojniejsza, a raczej zmęczona. Jakbym przed chwilą wykonywałam najcięższą pracę pod słońcem. Byłam ciekawa gdzie Kamille, ten dupek mnie nie interesował. Równie dobrze mógł nie żyć, ostrzegałam to. Po za tym to on zaczął, ja się tylko broniłam. Tylko... co powie na to dziewczyna? A jeśli dalej coś do niego czuje i mnie znienawidzi?
Zostanie mi tylko Wiedziałam.
Drzwi się otworzyły, a w nich pojawiła mi się dobrze znana postać chłopaka o białych włosach.
- Myślałem, że poszłaś tylko porozmawiać - zaśmiał się i usiadł obok na krześle, które dopiero teraz zauważyłam. Posłałam mu (nie)mordercze spojrzenie.
- Coś chciałeś? - zapytałam spokojna. Nie miałam sił na złości.
- Tak. Zobaczyć, czy twoja ofiara żyje i czy jedziesz ze mną, czy mam cię tu zostawić - odpowiedział. Opadłam na łóżko i zamknęłam oczy. Zostać, czy nie zostać?
- Co z nim? - zapytałam obojętnie. Na prawdę mnie to nie obchodziło, ale lepiej wiedzieć. W końcu musiałam się zdecydować, czy zostać tu z Kamille, a jeśli tak, to czy nie ma mi za złe za to, co się z nim stało.
- Jest w śpiączce - odparł, jego też to nie interesowało, słyszałam to w jego głosie. - To jak? - wzruszyłam ramionami.
- A kiedy płyniesz?
- Za jakieś trzy dni. Ja tu nie zostanę, mam zamiar sobie ułożyć życie.
- Więc nie mam po co jechać.
- Póki tu jest ta twoja Kamille, to nie. Ale jeśli potem masz żałować, to lepiej się decyduj. Mówiłaś jej, na co się naraża? - pokiwałam twierdząco głową. - I co?
- I nic. Albo nie zrozumiała, albo na prawdę to zaakceptowała.
- Wątpię - spojrzałam na niego. - No co? Ja bym sobie nie niszczył życia dla kogoś innego - odwróciłam się do niego plecami.
- Przyjdź jutro, może coś się zmieni - chwilę milczał, dość długo. Usłyszałam szuranie krzesła, a potem otwieranie i zamykanie drzwi. Spojrzałam przez ramię, wyszedł. Położyłam się z powrotem na plecy i zaczęłam się zastanawiać.
A jeśli na prawdę wybiorę źle? Jeśli pojadę, mogę nie zaznać spokoju, bo ciągle będę o niej myślała. A jeśli zostanę, mogę zostać odrzucona. Cierpieć z tęsknoty czy z odrzucenia?
Śpiączka. Żałuje, że go nie zabiłam.

26.9.17

Od Kamille CD Vivienne

Jak na szpilkach czekałam na tym głupim plastikowym krzesełku na środku szpitala, patrząc to z kąta w kąt na krzątających się innych ludzi. Czemu się tutaj znajdowałam? Czarnowłosa zostawiła Evona twarz w spokoju dopiero po jakiejś minucie, gdy to zemdlała. Zaraz po niej zrobił to okularnik, a ja zmartwiona z łzami w oczach zadzwoniłam po karetkę. Strasznie się martwiłam i o nią, i o niego, choć bardziej o dziewczynę. W końcu... nie była mi obojętna, darzyłam ją dość dużym uczuciem. Milion różnych zapachów wpadało w moje nozdrza. To krew, to surowe mięso, to jakieś czekoladki, pełno różnych chemikaliów i środków dezynfekujących. Kolejna pełnia? Cholera. Z tego wszystkiego zupełnie o tym zapomniałam. Wtem zobaczyłam pewnego łysiejącego doktora, którego wcześniej widziałam przy Vivienne. Od razu zerwałam się z mojego miejsca, o mało co nie potrącając małego chłopczyka z zabandażowaną ręką i podeszłam do mężczyzny. On chyba mnie jednak nie widział, gdyż szedł dalej w swoją stronę.
- Doktorze! - zawołałam za nim, co od razu podziałało. - I co z Vivienne? - spytałam, nerwowo poprawiając swój kosmyk włosów, które zaczęły mi momentalnie przeszkadzać. Gość westchnął, przecierając dłonią swoją głowę.
- Jest pani kimś z rodziny? - spytał, patrząc na mnie spod byka. Głupie pytanie.
- To moja dziewczyna - odpowiedziałam bez wahania. Nie, że miałam tę odpowiedź już przygotowaną, skądże. Po prostu wcześniej już uznałam, że skoro ją kocham i praktycznie uprawiałyśmy razem seks to... no po prostu już jesteśmy razem. Obym się tylko nie myliła w tej kwestii. Bo będzie kiepsko, jeśli czarnowłosa powie mu, że jest kompletnie inaczej. A tak nawiasem mówiąc... Pan JEAN, jak to przeczytałam na szybko z tabliczki na jego fartuchu, wyglądał na dość zdziwionego. W sumie to nie ma zbyt dużo związków dziewczyn na świecie, więc... coś w tym może być. Jednak po chwili odchrząknął, spoważniał, a potem popatrzył w jakąś kartkę, którą trzymał w dłoni przypiętą do teczki.
- Więc tak... Niby nic poważnego, pani... dziewczyna już się obudziła i czuje dosyć dobrze, choć na początku podniosła głos i trzeba było podać jej leki uspokajające... A kim był ten chłopak? - spytał na końcu swoich tłumaczeń. Zamrugałam parę razy, zbita z tropu. Ja pytałam się tylko o Vivienne... Jednak facet patrzył na mnie swoim stanowczym wzrokiem. Przełknęłam ślinę.
- To... mój były - wyznałam, odwracając gdzieś swój wzrok. Doktor westchnął.
- Nie będę pytał, jak to wyszło w mieszkaniu, skąd odebrali tamtą dwójkę. Tym zajmie się już policja - odpowiedział, a mnie zmroziło. Policja? Popatrzyłam spanikowana na łysiejącego mężczyznę.
- Jak to policja? - spytałam, niezbyt wierząc w jego słowa. Facet zwrócił na mnie swój wzrok.
- Pani były partner... zapadł w śpiączkę - odpowiedział, a ja totalnie zamarłam na amen. No bo... śpiączka...? Muszę jak najszybciej się z nim zobaczyć.

<Vivienne?>

12.9.17

Od Vivienne cd. Kamille

Na prawdę? Dzwonek? W tej chwili?! Miałam ochotę zamienić się w ducha, wyleźć przez ten drzwi i zabić tą osobę. Ale Kamille była pierwsza. Widziałam niechęć w jej oczach kiedy się podnosiła i ubrała w szlafrok. Pukanie się ponowiło, a ona tylko krzyknęła, aby gość zaczekał.
- Zaraz przyjdę - powiedziała do mnie i wyszła z pokoju. Słyszałam otwieranie drzwi i sowa:
- Witaj kochanie - znałam ten okropny głos. Zacisnęłam w pięściach kołdrę, czując, jak buzuje we mnie gniew. To ten dupek... ostrzegałam go, że jeśli jeszcze raz przyklei się do Kamille, to go zabije. A gdy ja coś postanawiam, tak robię. Podniosłam się i przysłuchując się uważnie jej rozmowom ubrałam koszulkę bez stanika i spodnie. Z tego co usłyszałam, Evon (bo chyba tak się nazywał) miał ochotę tutaj wejść i chyba dotykał dziewczyny... Kiedy pojawiłam się obok niej, miała do połowy zdjęty szlafrok, co mi się nie spodobało. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam na niego morderczym spojrzeniem.
- Ty?! - wręcz to wykrzyczał zabierając ręce z bioder Kamille i cofając się o krok.
- Chyba ci coś mówiłam - mruknęłam idąc w jego kierunku. Dziewczyna chciała mnie zatrzymać, ale przeniknęłam przez jej rękę jak to duch i szłam w kierunku chłopaka, który się cofał.
- Odpi*rz się - powiedział, a jego oczach widziałam strach. Nie zatrzymywałam się, denerwowało mnie to, że się nie posłuchał, dotykał Kamille, a ona nawet na to nie zareagowała. Denerwował mnie jego strach, oznaka słabości, bezradność dziewczyny stojącej za mną... wszystko.
- Urwę ci ręce przy samej du*ie, za dotknięcie jej. Za drugim razem powieszę cię za chu*a, a potem wsadzę pistolet w du*ę - zacisnęłam pięści i stałam się materialna. Zabije go. Normalnie go zabije.
Powstrzymała mnie ręka dziewczyny na moim barku. Mocno chwyciła próbując mnie obrócić w swoją stronę, ale jedynie mnie zatrzymała. Nie spuszczałam z oczu tej pokraki.
- Vivienne, zostaw go - poprosiła, a ja odwróciłam się i spiorunowałam ją wzrokiem.
- Dlaczego go bronisz? - zapytałam z wyrzutem. Nie rozumiem jej. Dalej go kocha? Jeśli tak, kłamała mi w żywe oczy o tym, co do mnie czuła. Poczułam ogromną wściekłość, na nią, na jej słowa, na samą siebie, na to, że zgodziłam się... że nie zdecydowałam się wyjechać stąd od razu.
I nagle poczułam ból w uchu i skroni. Upadłam na ziemie uderzając o framugę drugą stroną twarzy i upadając na ziemię. Bębniło i jednocześnie piszczało mi w uszach. Jakie głosy, jakby z bardzo daleko, dochodził do mnie jako nie wyraźny bełkot. Poczułam ciepło, piekący ból i krew. Czerwona ciecz spływała mi po nosie, kiedy leżałam na boku. Otworzyłam oczy, a wściekłość mną zawładnęła. Złapałam go za nogę i rzuciłam nim jednym ruchem w kierunku otwartych drzwi. Z moją nadludzką siłą wylądował na ziemi. Wstałam nieco chwiejnie i łapiąc go za włosy, wrzuciłam do środka pomieszczenia. Usiadłam na nim okrakiem, a słowa dziewczyny do mnie nie dochodziły; jak wszystko. Słyszałam tylko szum i dziwne bębnienie, pisk zniknął.
Zaczęłam go okładać po twarzy.

4.9.17

Od Kamille CD Vivienne +18

Odpięłam w końcu jej stanik, jednak go nie zdjęłam. Chciałam jeszcze chwilę poczekać. Zamiast tego wpiłam się w jej usta, biorąc jedną jej nogę w górę, by oplotła nią moje biodra, a swoją przekładając nad jej drugą. Próbowałam się w ten sposób ocierać o jej kobiecość, jednak... sama nie wiedziałam, czy tak miało być. Nasze języki tańczyły, a ja przeniosłam moje dłonie pod jej spodnie. Macałam ją po pośladkach, co jakiś czas jedno, czy dwa ściskając. Wtedy też wzdychała mi prosto w usta, a ja się tylko bardziej podniecałam. Gdy się oderwałyśmy od siebie, szybko ściągnęłam z siebie swoją bluzkę, rzucając ją gdzieś na podłogę, po czym wróciłam do jej słodkich ust. Vivienne przyciągnęła mnie do siebie, jakby prosząc, by nigdzie nie oddzielały nas przestrzenie. Nasze biusty ocierały się o siebie, gdy delikatnie posuwałam się w górę i w dół. Przez to też w końcu spadł jej stanik. Jednym ruchem palców zsunęłam spodnie z jej bioder, a całkowicie z jej tyłka. Powróciłam do ugniatania go, ciesząc się dotykiem na jej jaśniutkiej skórze. Po raz kolejny tego dnia odkleiłyśmy się od siebie, tworząc cienką stróżkę naszej śliny, która po naszych dwóch głębszych wdechach zniknęła. Skorzystałam z tej chwili i po dopięciu guzika moich dżinsów, zsunęłam je na dół, ukazując białe koronkowe majtki. Zaraz po tym powróciłam do warg czarnowłosej, zdążając tylko zdjąć jej spodnie z jej kobiecości. Kątek oka zobaczyłam czarny kolor, jednak nie zważałam na inne dodatki. Po przyklejeniu się do niej lewą dłoń zatrzymałam na jej pośladku, jednak prawą przeniosłam na przód, delikatnie masując ją tam na dole. Jakby robiła to odruchowo, podniosła swoje nogi w górę. Przeszkodziłam jej jednak częściowo, dociskając do niej swoje zgięte kolano. Westchnęła znowu w moje usta, a ja przesunęłam palce w górę, wkładając je pod jej miłe w dotyku majtki. Serio, aż się zaśmiałam w jej wargi. Jednak po chwili już się nie całowałyśmy. Przeniosłam usta na jej szyje. Składając na niej nie tylko delikatne pocałunki, lecz także robiąc jedną, czy dwie malinki, dłoń za to przesunęłam w dół, drażniąc palcami jej łechtaczkę. Robiłam to dosyć wolno, ale czuciowo. Od tamtego czasu słyszałam tylko głośniejsze oddychanie czarnookiej. Nie chciałam wkładać palca do środka, a przynajmniej nie teraz. Przyspieszyłam trochę swoje ruchy, katem oka patrząc na reakcję Vivienne.
- K-kamille... - usłyszałam w pewnym momencie jej głos. Czyżby była blisko...? Uśmiechnęłam się, liżąc jej szyję, od której nawet się nie odrywałam. I wtedy stało się coś, czego strasznie nie chciałam. Na dźwięk dzwonka do drzwi, momentalnie wszystkie moje ruchy zamarły, a ja sama podniosłam głowę w górę. Po ponownym jego rozbrzmieniu przeklęłam pod nosem. W takiej chwili? Serio?!

<Vivienne?>

24.8.17

Od Vivienne cd. Kamille

Na te słowa momentalnie zesztywniałam, poczułam jak moje ciało coś paraliżuje, tylko co? Strach? Przed czym? Zazwyczaj (zawsze) kiedy dochodziło do stosunku ze Snow'em, wyglądało to mniej więcej tak: albo bez ostrzeżenia któreś z nas się wpijało w drugiego, właził mu do łazienki bez uprzedzenia, albo od razu do łóżka i najczęściej pod kołdrą. A tutaj na dźwięk jej słów momentalnie zesztywniałam, strach przed nową rzeczą? Nie wiem czy to można by nazwać rzecz... Zazwyczaj to ludzie przede mną czuja się spięci, próbują uciec ode mnie wzrokiem, unikają mnie... a teraz stało się coś kompletnie innego; tak się właśnie zachowuje przy Kamille. Może rzeczywiście coś do niej czuje, ale wiem, że to złe? Tak jakby mój mózg kłócił się z moim sercem i miało właśnie takie skutki.
Czułam jej dłonie na plecach, jedno nie daleko pośladków. Czułam w miejscu jej rak ciepło, przyjemne i rozchodzące się po moim całym ciele. Czułam, jak moje policzki zaczynają piec. Zamknęłam oczy i próbowałam się opanować, a tym bardziej rozluźnić.
- Jak... - powiedziałam cicho, bardziej do siebie. Otworzyłam lekko oczy i zauważyłam jej uśmiech. Znowu poczułam się spięta.
- Zobaczysz, tylko musisz się odprężyć - powiedziała spokojnym głosem, jednocześnie tak uspokajającym, że wyłączyłam myślenie, a moje ciało automatycznie się rozluźniło. Mięśnie nie były już spięte, a ja sama objęłam Kamille i pocałowałam ją namiętnie. Dziewczyna wzięła to za zgodę, dlatego odwzajemniała pocałunek jedną ręką zjeżdżając do prawego pośladka i go delikatnie masując. Westchnęłam cicho, drugą rękę wsadziła po koszulkę i wędrowała nią po plecach, zahaczając o zapięcie od stanika. Kiedy zabrakło mi tchu odsunęłam się niechętnie od jej ust, a ona lekko zacisnęła palce na pośladku uśmiechając się do mnie. Odwzajemniłam ten uśmiech czując jak się do mnie przybliża. Odsunęłam się do tyłu stykając się po chwili ze ścianą. Naparła na mnie swoimi piersiami, a ja starałam się nie spinać, chociaż to było trudne. Jak już jej to powiedziałam, nigdy nie współżyłam z dziewczyną i nawet jeśli głowa podpowiada mi jak to robić, to jednak wstydzę się nawet o tym myśleć. Zdjęła moją koszulkę i zaczęła całować po szyi. Spięłam się, a ona się lekko ode mnie odsunęła i spojrzała mi w oczy. - Jeśli nie chcesz... - zaczęła, ale jej przerwałam.
- Chce, tylko... wstydzę się - ostatnie słowa dodałam tak cicho, że nie byłam pewna, czy aby je na pewno usłyszała. Ale była wilkołakiem, takie rzeczy w jej uszach się słyszy, dlatego jeszcze szerzej się uśmiechnęła i mnie pocałowała.
- Jesteś taka słodka - wyszeptała mi w usta obejmując mnie i podnosząc do góry. Instynktownie oplotłam nogi wokół jej bioder obejmując także ramionami jej szyję i chowając twarz w jej zgięciu, aby nie musiała oglądać moich czerwonym polików. Trzymając mnie za pośladki odeszliśmy od ściany. Położyła mnie delikatnie na łóżku, a kiedy ją puściłam dotykając plecami miękkiego materacu, zawisła nade mną. rumieńców za nic nie mogłam się pozbyć, tym bardziej, że leżałam przed nią bez koszulki, a ona prowokacyjnie zahaczała o mój stanik.