23.6.17

Od Kamilee CD Vivienne

Przyglądając się temu, co wyprawiała Vivienne z tych wykałaczek, nawet nie zauważyłam, a co dopiero usłyszałam, jak ktoś idzie w moją stronę. Dopiero dłonie, którymi zasłonił moje oczy, dały mi o tym znak.
- Zgadnij kto to... - usłyszałam męski głos. Niski, ale zarazem wysoki, tak dobrze mi znany z nocy, które razem spędzaliśmy.
- Evon, zostaw mnie w spokoju - powiedziałam, łapiąc za jego ręce i je z siebie zabierając. Jednak ten tylko się zaśmiał, łapiąc za moje palce i opierając na mnie swój większy ciężar ciała. Czułam, jak zatapia twarz w moich włosach, po czym je wącha. Skrzywiłam się nieznacznie. Jeszcze oplótł ręce wokół mojej szyi, głaszcząc moją odkrytą skórę na szyi.
- Tak pięknie pachniesz, Lilo - szepnął do mojego ucha. - Może pójdziemy gdzieś indziej...? - zapytał, tak samo cicho, jak wcześniej. Natychmiast się obróciłam, uderzając go z otwartej dłoni w policzek. Można było usłyszeć taki charakterystyczny plask. Wstałam ze swojego miejsca, idąc od niego na jak największą odległość. Myślałam, że żartował, na temat przyjścia na urodziny Martyny. Muszę się dowiedzieć, kto go tu zaprosił.
- Kamille, rozumiem, że się wściekasz, ale czy mogłabyś mnie puścić? - usłyszałam za sobą głos czarnowłosej. "Puścić?" Zdziwiona spojrzałam za siebie, na nasze połączone dłonie. Faktycznie ją złapałam, nawet nie wiedziałam o tym. Puściłam jej rękę, przepraszając ją wzrokiem, po czym znowu ruszyłam przed siebie w kierunku śmiejącej się trójki. Pewnie to był Felix. Zawsze śmiał się z nas, jacy to my romantycznie i nie mógł uwierzyć, gdy pewnego dnia im powiedziałam, że zrywamy, a sam Evon się wtedy nie zjawił. Nie raz mówił, że z chęcią mi pomoże znowu do niego wrócić. Nie może pojąć, że to ja zakończyłam ten związek, a nie czarnowłosy. Co za głupek! Podeszłam do rozbawionego zielonookiego, łapiąc go za kołnierz od różnokolorowej koszuli.
- To ty go zaprosiłeś? - spytałam go z wyraźnym zdenerwowaniem w głosie. Spojrzał na mnie zaskoczony.
- K-kogo? - zapytał, przejeżdżając wzrokiem po wszystkich gościach. Potrząsnęłam nim.
- Evona, a kogo innego?! - kontynuowałam, coraz bardziej się na niego denerwując. Otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak zaraz je zamknął. Niemo wypowiedział tylko słowo: "Wybacz". Fuknęłam w jego stronę, puszczając go i idąc w stronę wyjścia z lokalu. Trzasnęłam drzwiami, udając się na tyły do ogródka oraz mini lasku. Gdy się obróciłam, szukając wzroku jakichś ludzi i nikogo takiego nie wypatrzyłam, zmieniłam się w wilka. Jednym odepchnięciem łap od ziemi znalazłam się między drzewami. Siłą woli prosiłam, bym stała się niewidzialna. Mając pewność, że już się tak stało, podreptałam w głąb, szukając jakiegoś spokojnego miejsca, bym mogła się uspokoić.

<Vivienne?>

22.6.17

Od Vivienne cd. Kamille

Co za okropna piosenka... Masakra... Miałam ochotę zatkać uszy, albo chociaż wyjść stamtąd i wrócić, kiedy ta cała scenka się skończy, ale nie mogłam się przecisnąć przez tłum - może nie bł zbyt liczny, ale wszyscy stali przy drzwiach. Przez chwile wydawało mi się, że zrobili to dlatego, że myśleli, iż dziewczyna zaraz ucieknie stąd. Ja bym tak zrobiła, nie cierpię tej gównianej melodyjki i tych słów. Sto lat? A po co tyle żyć? Jeśli jest się zwykłym człowiekiem, na co się tyle męczyć? Słabe kości, zanikający wzrok, wypadające włosy... No chyba, że jak w tym mieście, jesteśmy kimś innym, to trochę ma to sensu. Ale jednak to nie zmienia mojego nastawienia do tej rzeczy. 
Kiedy przestali śpiewać rozległy się brawa i głośne okrzyki radości, a solenizantka wyglądała, jakby chciała płakać. Ciekawe dlaczego. Ciekawe jak to jest płakać, ja nie potrafię. Ja się tylko wkurzam, denerwuje i wszystko niszczę, zamiast ryczeć. Wszyscy nagle zaczynali podchodzić do dziewczyny i składać jej życzenia, tulić ją i nie wiadomo co jeszcze. Ja za to oparłam się o ścianę i przyglądałam się jedzeniu na stole; chyba jedyny plus, że tu przyszłam. Mogę się bezkarnie najeść. 

- Może ty też złożysz jej życzenia - usłyszałam głos Kamille. Stanęła obok mnie. Leniwie podniosłam na nią wzrok, który sam za siebie śmiał się z jej słów. 
- Po co? - zapytałam zakładając ręce na krzyż. 


- Miło by było. No i tak się robi - podrapała się w rękę. Chwilę tak stałam i się na nią patrzyłam rozmyślając nad tą propozycją, aż w końcu stwierdziłam, ze bez kultury nie jestem; no może trochę, ale bez przesady.
- Niech wpierw oni skończ - wskazałam na tłum, który zebrał się wokół dziewczyny. Kamille się uśmiechnęła, jakby z ulgą. - A co się mówi? - zapytałam kiedy stwierdziłam, że gdy podejdę do niej, to nic nie powiem, bo nie wiem co. Szczęśliwych świąt? Fioletowo włosa wyglądała na nieco zdziwioną.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, dużo zdrowia, szczęścia, pomyślności... - kiedy tak zaczęła wszystko wymieniać, miałam ochotę wyskoczyć przez okno. Po co aż tyle? Po co przesadzać? Jeśli mówisz "wszystkiego najlepszego" to po co wymieniać? Westchnęłam zirytowana tymi urodzinowymi tradycjami. 
- Wystarczy - podniosłam rękę, aby dziewczyna zamilkła. Zrobiła to, a ja ruszyłam w kierunku solenizantki, przy której został ten... Alex. Chyba tak miał. No i ten drugi... Felix! Tak! Pamiętam imię z tego względu, że to imię przypomina mi kota. Kota, którego nienawidzę. Podeszłam do dziewczyny, która miała szeroki uśmiech na twarzy. Ugh... chyba zwymiotuję... to jest takie słodkie i szczęśliwe, że zaraz stąd wyjdę. 

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - podałam jej rękę, zero uśmiechu, a ona  z bananem na twarzy mnie przytuliła. Nie objęłam jej, bo nie wiedziałam co zrobić w tej chwili. Czy ona była normalna? Jaka osoba przytula kogoś, kogo nie zna? to, ze składam jej życzenia, nie znaczy, że są szczerze, a ja ją lubię. Nie znam jej i nie życzę jej niczego, ani czegoś dobrego, ani niczego złego, bo może się kiedyś tak nadarzyć, że będę musiała ją zabić. 
- Dziękuje - odsunęła się ode mnie, a ja oszołomiona jej zachowaniem wycofałam się. Schowałam ręce do kieszeni, kątem oka widząc śmiech na twarzach niektórych ludzi, a głównie u tych dwóch chłopaków stojących przy nim. Normalnie jakby bawili się w jej goryli, co było zabawne. 
Impreza się zaczęła, a ja usiadłam na kanapie obżerając się jakimiś szaszłykami. Kiedy się skończyły, a mi się nudziło, zaczęłam budować piramidę z wykałaczek. Nagle obok mnie przysiadła Kamille, a w progu zauważyłam tego jej zaręczonego faceta. Patrzył na nas tym swoim diabelskim wzrokiem, a ja miałam ochotę rzucić w niego tą wykałaczką, albo dźgnąć go w oko. Kiedy ruszył w naszą stronę chciałam krzyknąć Ona jest moja! najgłośniej jak potrafiłam, objąć ją i rzucić w niego talerzem. Ale zamiast tego skarciłam się za takie myślenie i jakby nigdy nic wróciłam do swojej piramidy. 

<Kamille?>

20.6.17

Od Kamille CD Vivienne

Podłapałam wypowiedź Vivienne, lekko się uśmiechając.
- Tak było... Tylko ja biegałam po lesie, dopóki się nie potknęłam, a ta będąc niedaleko, mi pomogła. Zaprosiła do domu, trochę się mną zajęła, potem odprowadziła mnie do siebie. Niestety zapomniałam spytać się jej o numer telefonu, więc nie wiedziałam, kiedy się znowu spotkamy. I jakiś tydzień temu spotkałyśmy się przypadkiem w kawiarni, a potem, po jakimś czasie zaprosiłam na imprezę - opowiadałam, wzrokiem szukając jakiś podejrzanych oznak u Vivienne, Alexa i Martyny. - Wiem, Tina, że mieliśmy być tylko w czwórkę z Felixem, ale... Tak jakoś wyszło - powiedziałam przepraszająco w stronę szarookiej. Ta lekceważąco machnęła ręką. Tyle dobrego, przynajmniej nie marudzi. Teraz pora zacząć zabawę. Wtedy sięgnęłam do mojej torebki, wyciągając z niej chustę.
- Viv, byłabyś tak miła i zawiązała Tinie oczy? - spytałam, podając jej materiał. Ta spojrzała na mnie z zaciekawieniem w oczach, na co ja tylko puściłam jej oczko. Raczej niezbyt chętnie to zrobiła, ale co było dziwne? Że moja przyjaciółka nic nie mówiła. Nie zastanawiała się, dlaczego akurat jej, po co i czemu. Cóż... niby to dla mnie i bliźniaków jakieś ułatwienie, jednak liczyliśmy na jej pytania. Po jakiś dziesięciu minutach znaleźliśmy się przed dużym budynkiem z napisem "Don Corleone". Szczerze? Pensjonat wyglądał niczym wyjęty z filmu o kowbojach, co niezbyt mi się podobało, ale ważne było to, że w ogóle robimy tę imprezę. Wysiadłam z samochodu, podchodząc do bagażnika i po cichutku go otwierając, by wyjąć torby z prezentami. Alex za ten czas również otworzył drzwi, ale od strony solenizantki i złapał ją za ramiona, by jakoś dotarła do drzwi do pomieszczenia. Podeszłam do Vivienne, która stała z rękami włożonymi do kieszeni. Zgarnęłam jej rękę i poprowadziłam za sobą, by wyprzedzić niedoszłą parę i byśmy pierwsze dotarły do środka. Czemu niedoszłą? Alex od samego początku, gdy tylko ją zobaczył, podkochuje się w Martynie, jednak ona jest ślepa jak kret i nic nie widzi. Dlatego w końcu wziął się na odwagę i zamierza dzisiaj to zrobić, jednak dopiero o północy. Bo niby romantycznie i w ogóle... Weszłyśmy drewnianymi drzwiami do środka i tam zostawiłam czarnowłosą.
- Już idą! - zawołałam, podbiegając do stołu, gdzie leżały prezenty i postawiłam tam moją torebkę z książką oraz naprawdę ślicznie zapakowany podarunek od Alexa. Stanęłam obok Felixa, który starał się zasłonić stolik z tortem dla Tiny. Wtedy do sali powoli wszedł szarooki z prowadzoną przed sobą dziewczyną, trzymając już za chustę na jej oczach, by ją zdjąć.
- Sto lat, sto lat. Niech żyje, żyje nam. Sto lat, sto lat. Niech żyje, żyje nam. Jeszcze raz, jeszcze raz. Niech żyje, żyje nam! Niech... żyje nam! - zaczęłam śpiewać, wraz z dosyć dużą grupką osób piosenkę urodzinową, gdy solenizantka już spokojnie wszystko widziała. Usta miała lekko otwarte ze zdziwienia, ale kto by tak nie miał. Niespodzianka nam się udała!

<Vivienne? xd>

19.6.17

Od Vivienne cd. Kamille

No i gdzie może on być? Kolejny tydzień go nie ma, a ja nie mam od niego żadnej wiadomości. Cwel. Jak tu się pojawi i będzie coś chciał, chyba go zabije. Kasa mi się pomału kończy, a on zabrał tą większa część. Jeśli tak dalej pójdzie, będę musiała znaleźć sobie jakąś robotę, anie mam na nic ochoty. Po za tym kto mnie przyjmie? Nie to, że jestem jakąś tam ciamajdą. Raczej chodzi o to, że nic mnie nie interesuje. Wolę tłuc szklanki, niż je zanosić klientom. Puścić psy wolno, niż je wyprowadzać na smyczy. Wywalić komuś na łeb puszkę farby, zamiast nią malować ściany, bo to wszystko jest okropnie nudne. 
Tego dnia leżałam sobie w łóżku mając zamiar przespać go całego, gdyby nie fakt, że zegar nagle wybił w pół do dwudziestej. Kolejne pięć minut zajęło mi zastanawianie się, co ma sie dzisiaj odbyć, bo miałam dziwne przeczucie, że na coś się spóźnię. Potem mi się przysnęło, tak na minutkę... lub dwie. Obudziłam się z myślą, że dzisiaj miałam to przyjęcie urodzinowe. Gdyby nie myśl, że poznałam fioletowo włosą dziewczynę, teraz pewnie bym pomyślała, że to sen i nic więcej. Tyle, że po chwili usłyszałam dzwonek do drzwi. Zwlekłam się z łóżka i w pidżamie otworzyłam drzwi. W progu zobaczyłam Kamille, a z nią jakiegoś chłopaka. 
- Cześć – przeleciała mnie wzrokiem, na co się tylko rozciągnęłam. - Spałaś? 
- Od rana – wsadziłam ręce do kieszeni spodenek ignorując typa, stojącego za nią. Był dziwnie radosny, nawet za bardzo. W jego oczach widziałam iskierki, a na twarzy szeroki uśmiech. Czyżby bawił go mój wygląd?
- A pamiętasz, że dzisiaj miałaś ze mną iść na urodziny Martyny? - musiałam sobie dać chwilkę, aby sobie przypomnieć o tej obietnicy. Kiedy sobie o niej przypomniałam położyłam ręce na głowie i wytrzeszczając oczy ze zdziwienia zapytałam To nie był sen?! I raptownie wskoczyłam do domu, podbiegając do szafki i wyciągając jakieś tam ubrania. W pięć sekund z siebie wszystko zrzuciłam i tyle samo czasu zajęło mi się ubranie. Zaleciałam do łazienki gdzie tylko oblałam twarz wodą. Nie mając więcej czasu rozpuściłam włosy i spięłam je na samym dole, aby mi nie latały. Ignorując jakikolwiek makijaż czy coś takiego, nałożyłam buty, sięgnęłam po telefon i wyskoczyłam po minucie z domu.
- Dobra, gotowa – przetarłam ręką twarz, ponieważ miałam ochotę jeszcze nieco pospać. Na ich twarzach pojawiło się jednocześnie zdziwienie, jak i rozbawienie. Posłałam im mordercze spojrzenie.
- Szybka jesteś – powiedziała Kamille prowadząc mnie do samochodu.
- A nie robisz sobie jakiegoś makijażu czy czegoś? - zapytał chłopak wsiadając do auta. Usiadłam z tyłu przy oknie i kiedy oparłam się o siedzenie musiałam z sobą walczyć, aby nie zasnąć.
- Po co? Nie jadę do nikogo ważnego. Jadę, bo jej obiecałam – wskazałam na Kamille. Chłopak spojrzał na swoją towarzyszkę, a kiedy wymienili po sobie spojrzenia, który nie zbyt mi się spodobały, włączył samochód i w ciszy ruszyliśmy. Zatrzymaliśmy się pod jakimś domem. Oni wysiedli, a ja zostałam. Po jakimś czasie wrócili z jakąś dziewczyną, którą posadzili obok mnie. Przypomnieli mi tylko, że to Martyna i ruszyliśmy. Kiedy oni sobie szczęśliwie rozmawiali, ja się wgapiłam w szybę i rozmyślałam jak ukatrupić Snow'a, kiedy wróci. Nie dość, że znika bez żadnego słowa, zabiera większą część zapłaty, to pewnie jeszcze będzie ode mnie coś chciał. Cholerny dupek. A niech się wypcha. Znajdę sobie robotę i rzucę ten fach, niech sobie sam radzi. Ta... nigdy tego nie zrobię. Moja rasa tylko do tego się nadaję, bynajmniej ja tak twierdzę. 
- Jak poznałaś Kamille? - z myśli wyrwał mnie głos towarzyszki, siedzącej obok mnie. Spojrzałam na nią z rozbawieniem w oczach, chociaż miałam obojętną minę. Spojrzałam w lusterku na fioletowo włosą, która najwyraźniej się zmieszałam.
~ Podsłuchiwała mnie w lesie, więc ją pobiłam. Potem chwilę więziłam w swoim domu, aż się nad nią zlitowałam i ją zostawiłam. A co ja tu robię, to nie mam pojęcia. - Jakoś się spotkałyśmy w lesie – powiedziałam kierując wzrok w stronę dziewczyny. - I jakoś się polubiłyśmy – dodałam. ~ Chyba...

<Kamille?>

18.6.17

Od Kamille CD Vivienne

O dziwo kolejny tydzień minął jeszcze szybciej od poprzedniego. Przygotowując się na wyjście na urodziny mojej przyjaciółki Martyny, właśnie nakładając arbuzowy błyszczyk na usta, na moją nogę próbował wejść Lie, głośno miaucząc. Odłożyłam zapachowy przedmiot na miejsce, przewracając oczami i schylając się po mojego kociaka. Wzięłam go na ręce i potarmosiłam nosem jego brzuszek. Położyłam go sobie na ramię i wyszłam z łazienki do kuchni. Postawiłam go przy pełnej miseczce z pasztecikiem dla kotów. Zaraz obok tej białej stała pomarańczowa, a przy niej zajadał się Tobio. Nie rozumiem go. Rudzielec zajada się ze smakiem, a ten nawet nie chcę tego dotknąć noskiem. Aż tak nie lubi pasztecików? Ukucnęłam przed wyraźnie smutnym białasem, machając przed nim palcem.
- Masz mi to zjeść. Bo inaczej jutro nie dostaniesz wątróbki - stanowczo powiedziałam. Na ostatnie słowo widocznie się zwinął, odwracając do swej miseczki i niezbyt chętnie liżąc podane mu jedzenie. Stanęłam na nogach, dumnie się z siebie uśmiechając. Wiedziałam, że ta kwestia go przekona. Tak jak nienawidzi pasztetu, tak kocha wątróbkę, ale za to będę mieć problem z Tobio, gdyż on nie lubi tego drugiego. Niby bracia, a takie z nich przeciwieństwa. W następnej chwili usłyszałam dźwięk domofonu. Wyszłam z kuchni do przedpokoju i odebrałam go.
- No schodź już na dół. Nie zapomnij o prezencie - zaraz zabrzmiał głos Alexa, nim sama się odezwałam. Pokręciłam przecząco głową, ubierając na nogi czarne baleriny, łapiąc torebkę z ładnie zapakowaną przeze mnie książką, przy której pomagały mi kocięta i wyszłam z mieszkania, zamykając je na klucz. Znajdując się w windzie i zjeżdżając w dół, wyciągnęłam telefon z mojej ulubionej torby i sprawdziłam godzinę. Za pół godziny dwudziesta... Powinniśmy zdążyć zajechać po Vivienne, a potem po Tinę, zawiązać jej oczy i dotrzeć na miejsce o czasie, ewentualnie po. Uśmiechnęłam się, wychodząc z bloku o dziesięciu piętrach. Weszłam do odpalonego czarnego mercedesa Alexa, a dokładniej na miejsce zaraz obok niego, a jeszcze wcześniej chowając torbę w bagażniku. Przywitałam się z szarookim szybkim przytulasem, po czym ruszył swój samochód.
- To gdzie mieszka ta twoja przyjaciółka? Vivienne podajże... - powiedział. Zaśmiałam się na jego słowa, uderzając go w ramię.
- Gdyby usłyszała, jak to mówisz, to zapewne by cię walnęła. Wątpię, by sama tak mnie nazwała. A teraz uważaj, bo będę ci pokazywać palcem drogę - rzekłam, uważnie rozglądając się po okolicy. Powinnam dać radę go poprowadzić... Cóż, może nie perfekcyjnie, ale to będzie coś z mojej strony.

<Vivienne?>

16.6.17

Od Vivienne cd. Kamille

Ponownie wzruszyłam ramionami.
- No właśnie, nie ma Snow'a, więc nie muszę i nie mam czego załatwiać - powiedziałam na początku chowając ręce do kieszeni. Rozejrzałam się instynktownie, ale swój wzrok zatrzymałam na dziewczynie. - Ale skoro ci zależy, to do zobaczenia - odwróciłam się i nie czekając na jej odpowiedź ruszyłam w swoją stronę zastanawiając się, gdzie by tu zajść. Chłopaka nie ma od długa, a ja się okropnie nudzę. Cóż... trzeba sobie załatwić jakąś rozrywkę.
***
Nie mógł się poruszyć. Jego ciało było sparaliżowane, jak zawsze z resztą, kiedy to robił. Znajdował się w jakimś lesie. Burym i cichym, który przyprawiał o ciarki. Stał, gdyż nie mógł nic zrobić. Nagle, obraz zaczął się samoistnie przemieszczać. Obrócił się o 180 stopni i znalazł się przed jakimś wielkim budynkiem wykonanym z kamienia. Znajdował się na polanie, która była otoczona lasem, w którym niedawno się znajdował. Czucie powróciło do niego. Przechylił się w przód, tym samym prawie wpadając na olbrzymie, drewniane drzwi. Budynek był w większości okryty winoroślami. Rozejrzał się w prawo i w lewo. Kiedy jednak chciał dotknąć klamki, drzwi same się otworzyły. Coś go ciągnęło do środka. Stanął, a przed sobą miał trzy drogi. Dwie prowadzące przy ścianach po jego obydwóch stronach, zaś ostatnia prowadziła na wprost. Z niewiadomych przyczyn, wybrał środkową drogę. Z każdym krokiem, zaczął czuć się jakoś dziwnie. Do jego nozdrzy dostał się odór zgnilizny, jakby coś zaczęło się rozkładać. Poczuł zimne powiewy, chociaż, że znajdywał się w środku zamkniętego pomieszczenia. Również światło zaczęło bladnąć. W końcu było ciemno jak w grobowcu. Korytarz był długi i bardzo ciemny. Zakręciło mu się w głowie, przez co upadł na ziemię, przytrzymując się tym samym za czaszkę. O mało co nie wyrwał sobie włosów. Obraz wokół niego rozmazał się, przez co zamknął oczy. Kiedy je otworzył, znajdował się przed jakimiś drzwiami, które wydawały się oświetlone, choć takie nie były. Z trudem wstał i rozejrzał się za siebie. „Przecież... Przed chwilą był tu korytarz, wiec...” ponownie odwrócił się w stronę drzwi, dokańczając myśl „Jak?”. Po obejrzeniu się raz jeszcze dostrzegł, że te drzwi były inne od pozostałych. Były zadbane. Reszta albo miała jakieś dziury lub po prostu wyglądały mało estetycznie, jakby były przesiąknięte pleśnią. A te drzwi... były pomalowane na bordowo, zaś klamka była czarna i o wiele dłuższa od reszty. Niepewnie chwycił za nią. Kiedy popchnął drzwi, oślepił go blask, przez co był zmuszony zasłonić oczy ręką. Kiedy już się do tego przyzwyczaił, w środku ujrzał jakąś grupkę. Patrzyli się na niego. Jedni zza szafek, foteli inni po prostu oderwali się od rzeczy, które obecnie robili. Wtedy podbiegła w jego stronę szaro włosa dziewczynka. Nic nie robiła, tylko stała i patrzyła się na mnie swoimi dużymi, zielonymi oczkami. Nagle, na całej jej twarzy pojawił się złowieszczy uśmiech. Wyciągnęła w jego stronę swoją rączkę.
- Zaopiekujesz się nami? - powiedziała to, przekręcając tym samym swoją głowę.
Kiedy zdjął z niej wzrok i spojrzał się na pozostałe dzieci, ujrzał na ich twarzach ten sam uśmiech co u niej. Jego palce zaczęły drgać ze zdenerwowania. Kiedy chciał się wycofać, ta sama dziewczynka powieliła swą wypowiedź
- Zaopiekujesz się nami?
Przełknął z trudem gulę w gardle. Dzieci skryte we wnętrzu pokoju zaczęły powtarzać jej wypowiedź, lecz brzmiało to, jak rozkaz. Cofnął się o krok, a gdy chciał się odwrócić w stronę korytarza, na swej drodze ujrzał srebrnowłosą. Wskazywała na niego palcem, a z jej oczu zaczęła wypływać jakaś dziwna ciecz.
- Zaopiekujesz się nami? - zbliżyła się do niego.
Widząc jego niezdecydowanie, zrobiła srogą minę, po czym wrzuciła go do pokoju. Pod wpływem upadku, zamknął oczy, kiedy jednak je otworzył, zobaczył zamknięte drzwi. Czym prędzej wstał i podbiegł do nich, próbując je otworzyć. Naciskał, szarpał, ciągnął - wszystko na nic. Zamarł, gdy tylko poczuł zimny powiew na swym karku. Powoli odwrócił głowę w stronę środka pokoju, jednakże... nikogo tam nie było? Pokój był zniszczony, ciemny. Jakby ktoś tu wpadł, splądrował wszystko i wyszedł. Puścił klamkę i podszedł do krzesełka, które jako jedyne było nienaruszone. Oświetlało je nikłe światło. Wahając się trochę, zaczął do niego podchodzić. Kiedy był na tyle blisko, by usiąść, wyciągnął rękę w stronę tejże rzeczy. Wtedy usłyszał szmer za sobą i zanim zdążył się odwrócić, został popchnięty na krzesło, które wydawało się go uwięzić. W miejscu gdzie stał, pojawiła się ta sama dziesięciolatka, co przedtem.
- Pobawisz się z nami?
Chciał się podnieść, lecz to jej się nie spodobało. Zaczęła wydobywać z siebie szaleńcze krzyki, przez co był zmuszony zatkać uszy, jak i przystać na jej propozycję. Kiedy się zgodził, uspokoiła się, a z cienia zaczęły wychodzić pozostałe dzieci. Było ich łącznie ośmiorga. Stanęły w półkole przed nim i zaczęły coś szeptać. Wtedy zza ich plecy zaczęli wyrastać jacyś ludzie. Jeden po drugim padali na ziemię, to poprzez odstrzał, lub dźgnięcie w ciało jakiegoś ostrza. Każde ginęło osobno, w inny sposób. Kazały mu na to patrzyć, bo gdy tylko zamykał oczy, lub odwracał wzrok, one wszystko powtarzały. Zaczął krzyczeć. Chciał się uwolnić. Tak mocno się szarpał, że... się uwolnił? Był na czworakach, podpierając się o podłogę. Dyszał mocno i głośno. Nagle z ciemności przede nim, zaczęła wypływać jakaś ciecz. Jak poparzony, zaczął się oddalać, lecz wtedy wpadł na coś. Spojrzał się w górę, gdzie opadła kropla tej samej cieczy. Nade nim stała ta sama dziewczyna, a z jej oczu ponownie zaczęła spływać ta ciecz, lecz nie tylko stąd. Zaczęło jej to wypływać z nosa, uszu, jak i ust. Patrzyła się na niego jak gdyby nigdy nic i uśmiechała się.
- Zaopiekujesz się nami?
Wtedy otoczyły go  pozostałe dzieci, z których również zaczęła spływać ta tajemnicza ciecz. Choć wyglądało to na krew, wcale nią nie było. Odczuwał to. Wtedy dzieci, zaczęły zamykać go w coraz to ciaśniejszym okręgu. Otwarł na tyle szeroko oczy, jak bardzo mógł. Nagle dziewczyna, przy której leżałem, powiedziała zapłakana.
- Zapłacisz nam za ich winy!
A ja, Vivienne, pochłonęłam jego energię, kiedy krzyczał zalany tą dziwną mazią. To była moja dzisiejsza zabawa. Zabiłam jakiegoś człowieka i czuje się wspaniale.

<Kamille?>

11.6.17

Od Kamille CD Vivienne

Gdy już przekraczałam próg sklepu z ubraniami, usłyszałam dźwięk przychodzącego SMS-a. Od razu wyciągnęłam telefon z torby, odblokowując go i sprawdzając, od kogo przyszedł. Po przeczytaniu treści wiadomości od Felixa przyłożyłam otwartą dłoń do czoła.
- Co jest? Jak mamy iść, to chodźmy, bo chcę jak najprędzej stąd wyjść - powiedziała Vivienne. Uśmiechnęłam się, spoglądając na nią.
- Mam wiadomość dobrą i złą, która najpierw? - zaśmiałam się, chowając telefon z powrotem do czarnej torby. Czarnowłosa zamrugała oczami.
- Dawaj złą - odpowiedziała.
- Nie musiałyśmy tutaj wchodzić - powiedziałam, cicho się śmiejąc. - A dobra jest taka, że nie musisz mierzyć tych sukienek - tym razem do niej podeszłam i poklepałam po głowie. Natychmiastowo strąciła moją dłoń z siebie, marszcząc brwi. Przewróciłam oczami, wzdychając.
- Felix do mnie napisał, wyjaśniając, że wszystko wcześniej z bratem załatwili, więc sami mają czas na kupienie prezentów. Dodatkowo imprezujemy już za równy tydzień w pizzerii "Don Corleone" od godziny dwudziestej - wyjaśniłam wszystko, na końcu odwracając się tyłem do dziewczyny i wychodząc z butiku. Ta pognała za mną, wyraźnie się ciesząc, że nie musi przymierzać tych wszystkich sukienek. Zaśmiałam się, tym razem na dobre wychodząc z całego centrum handlowego. Zawiał we mnie lekko chłodny i silny wiatr, który zabrał moje włosy do tańca.
- To gdzie idziemy? - spytałam, gdy się już uspokoił. Dziewczyna wzruszyła ramionami. No tak... - Skoro nie mamy już co robić... Może się pożegnamy? Jestem pewna, że mimo braku obecności Snowa, musisz coś załatwić - powiedziałam, delikatnie się do niej uśmiechając. Szczerze, to wolałam jeszcze pospędzać z nią czas, ale... Nie wiem, czy dzisiaj sama nie musiałam odebrać nowych uniformów do kawiarni.

<Vivienne?>