10.6.17

Od Vivienne cd. Kamille

Ja? Na urodziny? Serio? No chyba... Ja nigdy w życiu nie byłam na niczyich urodzinach, nawet gdy ktoś mnie zapraszał, przychodziłam po przyjęciu, aby złożyć życzenia i chwilę posiedzieć. Nigdy w życiu nikomu niczego nie kupiłam, nie jadłam tortu, nie bawiłam się z innymi, bo nie chciałam. Ale to nie był jedyny powód, rzadko kiedy kto mnie zapraszał, a gdy to już robił, reszta zaproszonych dawała mi jasno do zrozumienia, że mnie nie chcą. W taki o to sposób straciłam wszystkich możliwych w przyszłości kolegów i koleżanki. Odsunęli się ode mnie, twierdząc, że sama się do tego przyczyniłam. Może tak? Może trzeba było jednak kogoś udawać, niż być sobą? Udawać ładną lalunię, która uwielbi wszystkich wokół i która boi się nawet małego pajączka, niż być tą sarkastyczną i wredną Vivienne, która nie brzydziła się niczego - lepiej, czasem nawet sama gadałam o takich rzeczach, mówiąc np. Po drodze widziałam gołębia. Leżał na ziemi, ruszał się, ale krwawił. Zabiłam go uderzając w niego kamieniem. Dlaczego to wtedy zrobiłam? Nie chciałam, aby cierpiał, ale oni tego nie zrozumieli.
Teraz też nie chciałam iść na żadne przyjęcie, za nic! Ale Kamille patrzyła na mnie takim wzrokiem... cholera... Nie ważne. Zgodzę się tylko dlatego, że ten idiota też tam idzie i się o nią boję. Zaraz, co? Boję? Chyba zaczynam wariować...
- Ale nie kupuje żadnego prezentu i nie będę udawać, że świetnie się bawię - mruknęłam bardziej sama do siebie chowając ręce do kieszenie. Kamille uśmiechnęła się szeroko, była zadowolona?
- Ta książką będzie od nas obydwie - wytłumaczyła. Ruszyliśmy w kierunku wyjścia, jednak dziewczyna zatrzymała się jeszcze. - Musze jeszcze kupić dwa prezenty - westchnęła.
- Nie pójdę już na żadne więcej urodziny - mruknęłam zakładając ręce na krzyż. Wizja trzech przyjęć urodzinowych mnie dobijała. Na trzecim bym chyba wszystkich pozabijała.
- Nie nie - pokręciła szybko głową. - Umówiłam się z przyjaciółmi, z tym Felix'em i Alex'em, których u mnie spotkałaś, że oni przygotują imprezę, a ja kupię prezenty. Teraz muszę coś od nich... - wytłumaczyła. Opuściłam ręce i westchnęłam zrezygnowana.
- Dobra... - mruknęłam. - To co chcesz kupić? - zapytałam podnosząc na nią wzrok.
- No właśnie nie wiem... - posłałam jej mordercze spojrzenie. Miałam ochotę już stąd wychodzić, a ona chcesz jeszcze połazić po sklepach? Ja się chyba zaje... - Felix by kupił jej coś ze sklepu dla dorosłych...
- Sex shop? - podniosłam jedną brew do góry, a Kamille pokiwała głową.
- Tyle, że ona nie używa takich rzeczy. A Alex należy do takich, którzy zafundowaliby jej SPA albo drogie perfumy... - dokończyła zastanawiając się. Chwilę milczałam.
- U Felix'a można kupić świeczki zapachowe w kształcie penisa, a jak jest lesbijką, to poduszkę w kształcie piersi. Za Alex'a można kupić ładną sukienkę lub inne bzdety... - stwierdziłam. Kamille spojrzała na mnie zdziwiona. - No co? - jeśli pomysły są złe, niech to powie, a nie patrzy się na mnie takim wzrokiem.
- Szybko to wymyśliłaś - powiedziałam z delikatnym uśmiechem. Wzruszyłam obojętnie ramionami, nie wiem co w tym takiego dziwnego. - Chodź, sprawdzimy sukienki - Kamille złapała mnie za rękę i pociągnęła w kierunku jakiegoś sklepu. Nie opierając się podążyłam za nią. Wylądowaliśmy w miejscu, w którym była masa sukienek, spódnic, szpilek i innych rzeczy. Z niechęcią weszłam do tego sklepu - nienawidziłam tych wszystkich "kobiecych" rzeczy. Prędzej byłabym prostytutką, niż założyła szpilki.
- Dobra, bierz którąś tam, ja poczekam - machnęłam ręką i miałam zamiar pójść sobie usiąść na ławce, ale dziewczyna mnie zatrzymała.
- Jesteś mi potrzebna - powiedziała nieco niepewnie i od razu puściła moją rękę. Zapewne sobie przypomniała wcześniejszy chwyt.
- Po co?
- Bo nie znam rozmiaru Martyny, a ty jesteś podobnej budowy i wzrostu... - wytłumaczyła. Spojrzałam na nią jak na idiotkę.
- No i? - założyłam ręce na krzyż.
- No... musiałabyś po przymierzać sukienki... - załamałam się. Pokręciłam przecząco głową.
- Nigdy.
- Proooszę - błagała. - Po za tym sama mogę bardzo długo szukać sukienki, a z tobą pójdzie mi raz dwa - dodała błagalnym tonem. Zacisnęłam ręce w pięści i zmarszczyłam brwi.
- Będziesz mi winna ogromną przysługę - nacisnęłam na przedostatnie słowo wchodząc do koszmaru.

<Kamille?>

Od Kamille CD Vivienne

Skrzywiłam się na jego słowa. Cholerny podrywacz i manipulant kobiecymi sercami. Już wolałabym, by zniknął z mego życia na wieki.
- Gdybym tego nie zrobiła, to ty byś to zrobił, więc na jedno wyjdzie. A że teraz jestem ZAJĘTA, możesz sam się przedstawić. Wiem, że i tak to zrobisz z uśmiechem na ustach - powiedziałam, wycierając serwetkami swoje spodnie. Uderzyłam w jego dłoń, gdy kierował ja w moją stronę, by zapewne mi pomóc. Spojrzałam na niego surowym wzrokiem. On mi nie jest do niczego potrzebny. Usłyszałam westchnięcie z jego strony, jednak zaraz znowu przybrał swój codzienny szelmowski uśmiech.
- Jestem Evon William, droga koleżanko - powiedział, próbując wziąć dłoń Vivienne w swoją. Ta jednak zabrała ją w dół, najwidoczniej odmawiając jakiekolwiek dotyku z jego strony. Nie dziwię się, bo dotykając jego skóry, czujesz, jakbyś dotykał najokropniejszej rzeczy na świecie. Przynajmniej ja uważam tak teraz. Evon znowu westchnął, jednak kąciki ust ciągle miał podniesione do góry.
- Jestem w BARDZO bliskiej relacji z Kamille... a dokładniej to moja narzeczona - powiedział, jednocześnie kładąc swoje smukłe palce na moim kolanie. Od razu po moim ciele przeszedł dreszcz, jednak się nie odezwałam. Nawet gdybym zaprzeczyła jego słowom, gdyż to nieprawda, i tak by wygrał i postawił na swoim. Cholerny dupek.
- Jakoś nie widzę, by Kamille nosiła pierścionek zaręczynowy - odpowiedziała mu Vivienne, zakładając ręce na piersiach. Zaśmiałam się na jej słowa, kręcąc głową na boki. Nie powiem, ale nieźle mu odpowiedziała. Chciałabym być w jej skórze i też tak mówić. Evon tylko westchnął zrozpaczony, natychmiastowo chwytając za moje dłonie i uważnie przyglądając się moim palcom, na których końcach znajdywały się dosyć długie paznokcie, aktualnie pomalowane na liliową barwę.
- Rzeczywiście! - zawołał przejętym głosem. Powziął wzrok w górę, patrząc w moje oczy tymi swoimi znad okularów, w których można było dotrzeć kłamliwe zmartwienie. - Czemu go dzisiaj nie założyłaś? Nie podoba ci się? Przecież zawsze uwielbiałaś szafiry, a tym bardziej się cieszyłaś, gdy podarowałem ci pierścionek z nim w środku... - zaczął tłumaczyć. Zagryzłam wargę, przekręcając oczami. Racja, dostałam od niego taką biżuterię, gdy mi się oświadczał i racja, cieszyłam się wtedy jak głupia. Jednak nie wiedziałam jeszcze do końca, jaki jest naprawdę. Swoje prawdziwe "ja" chowa strasznie głęboko w sobie. Nieprawdą jest to, że jest moim narzeczonym. Zerwałam z nim prawie rok temu, więc to było nieaktualnie, chyba że... Wyrwałam dłonie z jego uścisku, gniewnie na niego spoglądając.
- Rodzice cię przysłali? - spytałam bez żadnych ceregieli. Ten się zaśmiał, prostując i znowu uśmiechając.
- Kamiś, jaka ty głupiutka... Oczywiście, że nie. Przecież cię kocham i smutno mi było, gdy nagle zerwałaś ze mną kontakt, zmieniając swoje miejsce zamieszkania, nazwisko, jak i numer telefonu. Nie wspomnę już o tym, że wcześniej zdałaś maturę i nawet nie powiedziałaś, na jakie studia idziesz - znowu na końcu się niby przejął. Zmarszczyłam brwi.
- Gdybyś mnie bardzo dobrze znał, to wiedziałbyś, że kochałam fotografować - powiedziałam. Wstałam z krzesła, zabierając torbę z krzesła, wyjmując portfel, kładąc trochę dużą sumę pieniędzy na blat i się prostując. - Idziemy, Viv - rzekłam do niej. Jednak ta, jakby szczęśliwa wstała, pokazując jeszcze język w stronę Evona. Wyszłyśmy z kawiarni dumnym krokiem.
- Będę na urodzinach Martyny! Już się mnie nie pozbędziesz! - usłyszałam za sobą jego głos. Jak on mi działa na nerwy! Obie wyszłyśmy z centrum handlowego.
- Wybacz za niego... Nie spodziewałam się, że podejdzie do nas - powiedziałam ze skruchą w głosie do czarnowłosej. Ta tylko wzruszyła ramionami.
- Wszystko jedno, choć nie zrobił na mnie pierwszego dobrego wrażenia. Nienawidzę gościa - powiedziała. Zaśmiałam się na jej słowa.
- Jesteś pierwszą dziewczyną, która tak stwierdziła, naprawdę. Nawet ja na samym początku myślałam inaczej, póki nie poznałam go od tej prawdziwej strony - wyznałam. Przy Vivienne czułam się jakoś dziwnie... To uczucie przypominało mi takie same, jakie czułam podczas spędzania czasu z Evonem. Uczucie bezpieczeństwa i miłości. To dziwne, bo bezpiecznie przy tej dziewczynie? Przecież kopała mnie, przez nią mam milion siniaków, a dzisiaj nawet chciała mi wykręcić rękę, choć tak naprawdę to była moja wina.
- Zmieniłaś nazwisko? - nagle usłyszałam z jej strony. Spojrzałam na nią, lekko wykrzywiając twarz w kolejny grymas.
- Tak... Jeśli przeczytasz moje obecne od tyłu, wyjdzie "Emas". Tak brzmiało przed moimi studiami, potem zmieniłam je na "Same". Niby prosta logika, jednak nikt nigdy się nie domyślił, że jestem córką Sally i Keisy'iego Emas, tych "wybitnych" aktorów - wyznałam, w odpowiednim miejscu robiąc cudzysłów palcami. - Ej, a może ty też przyjdziesz na urodziny Tiny? Będę się lepiej czuła - od razu ją spytałam, robiąc w jej stronę maślane oczy.

<Vivienne?>

Od Vivienne cd. Kamille

- Gorące! - nagle się wyrwało z ust dziewczyny. Widząc jej minę i to, jak próbuje ochłodzić sobie język machając niezręcznie rękoma, delikatnie się uśmiechnęłam. To było zabawne, a ty bardziej, że w taki podobny sposób kiedyś zabiłam dziewczynę; kiedy podawali jej zwykła letnia wodę, dorzuciłem do napoju proszek żrący, który uszkodził jej gardło. Nie mogła oddychać, a nim zadzwonili po karetkę, ona już nie żyła. Tylko piana wymieszana z krwią wypełniała jej usta. Z tego co pamiętam, przeze mnie ten lokal jest już nie czynny, a pracownicy i właściciel i tak mieli dużo szczęścia, bo nikt ich nie posądził o morderstwo. Uznano, że dziewczyna sama popełniła samobójstwo; tym bardziej, że dorzuciłam do jej kieszeni owy proszek. 
- Nie wiedziałam, że mogą podać gorącą herbatę? - zapytałam. Kamille spojrzała na mnie zaciskając usta w wąską kreskę. Uroczo wyglądała... zaraz, nie... nie uroczo...
- Zapomniałaś się - zacisnęłam powieki i otworzyła usta. W końcu się uspokoiła, a następny łyk herbaty wzięła bardzo powoli i ostrożnie. Zauważyłam, że znowu przygląda się jednemu sklepowi, ale o nic nie pytałam; jeszcze by się skończyło na tym, że mamy tam iść. A mi jest tutaj bardzo wygodnie. Bynajmniej było, ponieważ po paru sekundach ciszy przerywanej jedynie rozmową innych ludzi, przy naszym stoliku pojawił się wysoki chłopak. Wyglądał jak trup, albo chociaż wampir. Czarne roztrzepane włosy, czarne oko (drugie było zakryte) i marynarka. 
- Witaj, Kamille - podkreślił jej imię. - Chyba mnie pamiętasz? - zapytał zimnym i niskim głosem patrząc na fioletowo włosą, która wpatrywała się w niego jak w obrazek. Puściła gorącą szklankę, nim ponownie się poparzyła. Patrzyłam to na niego, to na nią. Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko przełknęła głośno ślinę. - Mogę się dosiąść? - to nie było pytanie, nawet, jeśli chciał je zadać. Nim jednak usiadł na wolne krzesełko między nami, postawiłam na nim nogę.
- Wygodnie nam się siedzi bez ciebie - powiedziałam nie wymuszając u siebie żadnego sarkastycznego uśmieszku czy czegoś podobnego. Chłopak posłał mi dziwne spojrzenie, które przeszło przeze mnie na wylot. Nie lubię go pomyślałam będąc tego pewna już w stu procentach.
- A ja bym chciał tu jednak usiąść. Zapewniam, że dalej będzie ci wygodnie - zwalił moją nogę i usiadł sobie jakby nigdy nic. Spojrzałam na dziewczynę; w końcu to jej "kolega" czy coś podobnego, prawda? Bynajmniej on zdawał takie wrażenie, ona wyglądała, jakby się czegoś bała, nie była pewna, albo myślała już o najgorszych rzeczach. 
- Zobaczymy - mruknęłam popijając swoją kawę.
- Kamille, może przedstawisz mnie swojej ślicznej koleżance? - jakiej? Ugh... poprawiam się; nienawidzę go. Wolałabym teraz siedzieć w domu, sama lub ze Snow'em - ale zostać w domu. Po co szłam po tą cholerną drożdżówkę? 

<Kamille? Kto to?>

9.6.17

Od Kamille CD Vivienne

- Ja raczej wezmę herbatę... - powiedziałam, biorąc kartę dań w dłonie i przeglądając cennik. U nas w kawiarni jest taniej... ale mamy za to przepyszne napoje robione w większości przez ekspres z pięknymi ozdobami April, jeśli ktoś zamawia kawę. Ewentualnie Ethan je wykonuje, gdy jej nie ma. Ja potrafię robić tylko śliczne zdjęcia do nowych ulotek reklamujących. - A tak w ogóle, to niezły chwyt. Chodziłaś na kurs samoobrony? - spytałam, odkładając menu i opierając brodę na splecionych ze sobą dłoniach. Vivienne tępo mi się przyglądała.
- Można tak powiedzieć... - rzekła, odwracając wzrok w drugą stronę. Przechyliłam głowę. Ukradkiem spojrzałam na swoją torebkę, którą powiesiłam na oparciu krzesła. Ja swój prezent już mam, teraz trzeba kupić coś od chłopaków. Założę się, że Felix chciałby jej kupić coś w sklepie dla dorosłych, jednak... ona nie lubi takich rzeczy, więc nawet na to nie spojrzy. Ewentualnie zakopie w ogródku lub schowa w piwnicy. Alex jest bardziej kulturalny i chyba postawi jej dzień w SPA lub nowe perfumy o super słodkim zapachu. Pamiętam, jak rok temu dał jej takie truskawkowe. Kazałam jej przelać połowę do pustej fiolki, bym sama mogła ich używać. Niestety tego nie zrobiła, jednak jak tylko miałam okazję, to się nim spryskiwałam. Okrutne było to, że szarooki zdarł etykietki i nie mogłam się dowiedzieć, z jakiej to było firmy. Tak dużo stracić... Gdy kelnerka w końcu podeszła do naszego stolika i gdy złożyłyśmy nasze zamówienia, poczułam dziwny zapach, ale równocześnie mi znajomy. W końcu czułam go praktycznie codziennie rano przez okres dwóch lat.
- Lukrecja... - szepnęłam najciszej, jak tylko potrafiłam. Obróciłam się w prawą stronę, wyglądając za oszkloną szybę. Stała za nią postać, której nienawidziłam całym swoim sercem. Mężczyzna, dosyć wysoki, osiągający jakieś sto dziewięćdziesiąt centymetrów wysokości z kredową skórą i czarnymi niczym smoła włosami, lekko roztrzepanymi i delikatnie zasłaniającymi prawie czarne oczy, a dokładniej to lewe. Na nosie znajdowały się druciane okulary. Ubrany był w zwykłą białą koszulę z czarnym krawatem oraz marynarką i dżinsami. Jego świeżo wypastowane ciemne buty ułożone były na zewnątrz. Ogólnie stał zwrócony twarzą w moją stronę, delikatnie się uśmiechając, jednak ręce znajdowały się w kieszeniach spodni. Cholerny Evon... Nic się nie zmienił, tak samo przystojny, jak zwykle.
- Kamille - usłyszałam głos czarnowłosej. Natychmiast oderwałam wzrok od chłopaka, przenosząc go na dziewczynę oraz filiżanki, które nie wiem kiedy, zostały nam dostarczone. Gdy znowu popatrzyłam za szybę, Evona już nie było. Cholera, ciągle jak szybko się pojawia, tak również i znika. Zaczęłam przegryzać zła wargę, biorąc herbatę w dłoń i upijając łyka. Jednak zaraz ją odłożyłam, prawie wypluwając napój.
- Gorące! - zawołałam, machając dłonią na poparzony język. I tak samo mnie rozprasza, jak zawsze.

<Vivienne?>

6.6.17

Od Vivienne cd. Kamille

Dziewczyna odebrała swój telefon, co mnie nie interesowało. No może trochę, ale nie miałam powodów by przysłuchiwać się. Zamiast tego rozejrzałam się po galerii ignorując Kamille. Masa ludzi, w tym miejscu znajduje się tyle żywych istot, tych magicznych... pomyśleć, ilu można tutaj zabić. Ilu z nich naraziło się komuś, kto w każdej chwili może zlecić na niego zabójce, takiego jak ja. A ja wtedy odwiedzę go w nocy i zabije. Zabije... to słowo jest ze mną całe życie. Zabić, pozbyć się kogoś za pieniądze i pławić się w luksusach, póki gliny cię nie wyłapią, albo kosa nie trafi na kamień. Ale teraz wszystko wstrzymane, Snow'a nie ma, więc biznes się nie kręci. Jeśli postanowił mnie kimś zamienić, pożałuje tego i dobrze to wie.
Nagle mój wzrok przykuła osoba stojąca przy drzwiach. Perfidnie się nam przyglądała i tego nie ukrywała. Zetknęłam się z nim wzrokiem, ale nawet nie drgnął. Zamiast tego spojrzał na rozmawiająca Kamille. Znałam ten wzrok - mam taki sam, kiedy widzę swoją ofiarę i wyobrażam sobie jej śmierć. Ja to czuje, czuje, że coś nie gra. Spojrzałam na fioletowowłosą, która spokojnie rozmawiała przez telefon; no może trochę mniej spokojnie, a kiedy wróciłam wzrokiem w miejsce, w którym stała tajemnicza postać, jej nie było. Rozglądałam się na boki, ale już go nie ujrzałam. Zamiast tego poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Automatycznie się odwróciłam łapiąc tego kogoś za rękę i ją wykręcając w bok. Nim uderzyłem osobę w twarz, spostrzegłam, że to Kamille. Zbladła.
- Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć - powiedziała nieco cicho. Chwilę tak trzymałam jej dłoń i swoją blisko jej twarzy. Czułam na sobie wzrok ludzi, jednak nikt nie zareagował. Równie dobrze mogłabym ją tu teraz zabić, a nikt by nic nie zrobił, bo ludzie są tchórzami, niczym więcej. - Ej, tamte siniaki nie do końca zeszły, nie chciałabym kolejnych - dodała szybko przełykając ślinę. Mimo, iż zbladła, głos miała pewny siebie i hardy. Dobrze, nie toleruje tchórzostwa. Szybko zabrałam rękę i puściłam ją. Od razu zaczęła rozmasowywać sobie bolące przedramię.
- Nie rób tak więcej - ostrzegłam ją nie przejmując się jakimi przeprosinami czy czymś takim. To w końcu była jej wina, mogła coś powiedzieć, mnie się nie dotyka bez ostrzeżenia. Ruszyłam w kierunku wyjścia.
- Czekaj! - usłyszałam za sobą dziewczynę. Zatrzymałam się, a ta do mnie podbiegła.- Już wychodzisz? Może zajdziemy do jakiejś kawiarni - zaproponowała. - Kupiłam prezent, więc mam chwilę czasu - pokazała książkę. Milczałam, aż w końcu westchnęłam zrezygnowana i się zgodziłam. Idąc obok niej w stronę jakiejś kawiarni coś do mnie mówiło: Dlaczego się zgodziłaś? Po co z nią leziesz? Ty nie lubisz ludzi! Ale jednocześnie coś innego tłumiło te pytania nie dając mi się and nimi zastanowić i koniec końców usiadłam z nią w jakimś miejscu. Tyle, że było ono przy szybie, na widoku dla wszystkich ludzi. Nim dziewczyna zdążyła cokolwiek zamówić, ja wstałam i zmieniłam swoje miejsce. Zdziwiona Kamille odprowadziła mnie wzrokiem do innego stolika, a po chwili sama się przyłączyła. Teraz siedzieliśmy w kącie, z dala od oczu ludzi. - Chyba nie lubisz być w centrum uwagi - zauważyła.
- Nie lubię być obserwowana. Tak samo nie lubię, gdy ktoś mnie straszy - ostatnią uwagę wypowiedziałam ze względu na wcześniejsza sytuację. - Zamawiam kawę.

<Kamille?>

5.6.17

Od Kamille CD Vivienne

Westchnęłam, uśmiechając się.
- Dzięki Viv, jesteś dzisiaj moją wybawczynią. Ja rzadko, co coś przeczytam, bo lubię, gdy książką od pierwszego rozdziału wciąga, a nie dopiero na przykład w połowie. To męczące... - wyznałam, biorąc gryza bułki. Makowiec, mniam. Kocham nad życie. Dochodząc powoli do księgarni, moja drożdżówka w dosyć szybkim tempie znikała. Równo z wejściem do sklepu już chowałam pusty woreczek do torebki. Później się wyrzuci. Otrzepałam jedną dłoń o drugą, podchodząc do najbliższej półki. Wzięłam pierwszą lepszą książkę z brzegu, na której widniał napis "Najpiękniejszy kraj". Gdy już obracałam ją na sam opis fabuły, poczułam, jak dziewczyna staje obok mnie.
- Jak chcesz jej to kupić, to polecam pierwszy tom. To już ósmy - powiedziała. Westchnęłam, przeczesując dłonią włosy i odkładając przedmiot na swoim miejscu. Myślałam, że pójdzie jak z płatka... Cóż, musiałam się widocznie mylić. Odwróciłam się, chodząc między kolejnymi półkami. Cała księgarnia była pusta, oprócz siebie, czarnowłosej i dwóch sprzedawczyń, nikogo innego nie widziałam i nie wyczułam. Nawet dobrze, nie lubię tłoku, smród potu i takie tam... Mój wzrok utkwił na dosyć...ciekawej książce. Natychmiastowo do niej podeszłam i wzięłam w dłonie. Przed moimi oczami widniała okładka, na której znajdowała się fioletowa maszyna do pisania, chyba szklanka z czymś pomarańczowym w środku, a w oddali na to wszystko czaił się pręgowany rudy kot ze złotymi oczami. Przechyliłam głowę na bok. Przypominał mi Tobio... Sam tytuł był napisany fioletowymi literkami, które układały się w zdanie "Wszystko wina kota!". Nie ważne, o czym to jest, chcę to. Dam Martynie a sama kiedyś od niej pożyczę. Nawet nie zwracając uwagi na czarnooką, podeszłam do kasy i dałam dosyć młodej sprzedawczyni książkę. Odmówiłam zakupienia reklamówki, zapłaciłam odpowiednią cenę i schowałam przedmiot do torby. Mega zadowolona odwróciłam się do Vivienne, która już stała za mną z założonymi rękami na piersiach.
- Chyba jednak nie byłam ci potrzebna - powiedziała, a w jej oczach widziałam wyraźne oskarżenie.
- Byłaś! Pomyśl, co by było, gdyby jej nie było. To byłby koszmar z mojej strony! - zawołałam. Chyba troszkę za głośno nawet. Od razu ściszyłam głos. Wychodząc z księgarni, usłyszałam swój dzwonek telefonu. Gdy jakoś go wygrzebałam z torebki i już miałam odebrać, spojrzałam na wyświetlacz, gdzie pisało "Evon". Szlag by go... Już chyba wolałabym Felixa.

<Vivienne? Wybacz, że troszku długo T-T>

24.5.17

Od Vivienne cd. Kamille

Przyjęłam od sprzedawczyni małą drożdżówkę, która miała zostać moim śniadaniem. Tydzień temu Snow wyjechał do innej części miasta w "pilnej służbie" (jestem pewna, że chciał się po prostu wyrwać z tej wyspy) i od tamtej pory nie ma kto mi gotować. No dobra, czasem może sobie upichcę jakieś spaghetti czy coś podobnego, ale należę do leni, jeśli chodzi o te czynności. Nudzi mnie stanie przed garami i czekać aż woda się ugotuje, mięso usmaży, czy warzywa puszczą soki. To okropnie nudne, tak samo łowienie ryb. Nic nie robisz, tylko siedzisz i milczysz. Ponoć to relaksuje, być może, ale po jakimś czasie staje się to tak okropnie nudne, że ja nie wytrzymuje, wrzucam wędkę do wody i zamieniając się w cień szukam ciekawszych zajęć.
Odwracając się w kierunku drzwi zauważyłam znaną mi fioletowowłosą dziewczynę, u której bardzo spodobała mi się ciemnia. Pewnie gdybym umiała wymusić uśmiech, teraz bym to zrobiła - na szczery mnie nie stać. Zamiast tego to ona posłała mi swój uśmiech i podeszła do mnie witając się. Także to zrobiłam. Podeszła do starszej pani prosząc o jakąś bułkę. Ja przez chwilę stałam jak ten słup soli w miejscu obserwując ją i zastanawiając się and czymś. Snow'a nie ma od tygodnia, przez co okropnie mi się nudzi, nie mam żadnego zajęcia; w końcu to on zajmował się zleceniami, ja je tylko wykonywałam. Teraz została mi tylko praca w gazecie, a jak na razie to w tym mieście nie dzieje się nic godnego uwagi. Może jednak by spróbować się z nią zapoznać? Stała by się dla mnie taką drugą deską ratunku, gdybym znowu miała tak okropnie nudne dni jak ten.
- Gdzie się wybierasz? - zapytałam kiedy kupiła już to, co chciała i kierowała się w stronę wyjścia, oczywiście przechodząc obok mnie. Na jej twarzy zauważyłam jeszcze raz ten wesoły uśmiech.
- To galerii. Moja koleżanka, ta Martyna którą poznałaś u mnie ma urodziny i mam się zając prezentami - wyjaśniła.
- Pójdę z tobą - oświadczyłam idąc w kierunku drzwi i nie czekając na jej decyzje. Kamille wyszła za mną i skierowałyśmy się do określonego budynku.
- A ty masz dzisiaj jakieś plany? - pokręciłam głową.
- Snow wyjechał tydzień temu i wróci gdy mus się to zamarzy, czyli za jakieś trzy tygodnie. Przez ten czas jestem pozbawiona jakichkolwiek ciekawych zajęć - powiedziałam chowając ręce do kieszeni, wpierw zgarniając małe kosmyki włosów z twarzy, które wyszły z warkoczy.
Weszłyśmy do galerii, w której roiło się od ludzi. Raptownie miałam ochotę zamienić się w cień i zniknąć, ale stwierdziłam, ze skoro sama zdeklarowałam się, że pójdę z Kamille, to teraz nie mogę stchórzyć.
- Czytasz książki? - spojrzałam na nią, a ona od razu zaczęła mi tłumaczyć, że zastawia się nad kupnem jakiejś dla tej swojej koleżanki jakiejś ciekawej książki, ale problem polegał na tym, że nie wiedziała, jakiej ona jeszcze nie ma.
- Rzadko czytam - odpowiedziałam. - Znudziły mnie szczęśliwe zakończenia, a tych złych nikt nie pisze. Ale jestem na bieżąco i mogę ci pokazać jakie zostały wydane w ostatnich dniach - zaproponowałam. - Potem sama zdecydujesz czy się opłaca - dodałam czując na sobie wzrok wielu ludzi.

<Kamille?>